Środa przed wyjazdem do Kr była bardzo pracowita. Rozliczałam wypłaty, wyszłam z pracy o 16-tej, ale i tak jestem wdzięczna, że nie ma żadnego problemu z urlopami niemal z dnia na dzień.
W czwartek zbierałam się do wyjazdu, jakbym szła na ścięcie. Jezu, te wszystkie problemy z przeszłości wydają mi się takie z dupy, tak błahe, że wywołują jedynie złość. Wiem, że wtedy były istotne i niby im nie umniejszam, ale... Wygłaskane te wspomnienia w mojej głowie, kiedy niemal wszystko było pod kontrolą. A teraz mam przed sobą obszar nie do ogarnięcia, bez możliwości zabezpieczenia i to mnie przeraża.
Rozmowa z lekarzami i terapeutką przebiegła spokojnie, tyle, że za każdym razem wychodzą jakieś trupy z szafy, co po prostu podcina mi nogi, tracę równowagę. Nie wiem jak poukładają się sprawy Ig. Oscyluję od dramatu po nadzieję i tak naprawdę może stać się wszystko co najlepsze, jak i wszystko co najgorsze.
W sobotę D przywiózł Ig ze szpitala po cyrku z przepustką. Nie potrafię ocenić, czy takie rzeczy, jak nie wypisanie przepustki przez lekarza po tygodniowym wałkowaniu tematu, to jakiś test, czy proza życia. Musze przyznać, ze D pokazał tę rzadko widywaną twarz zdecydowanego człowiek, który zawalczy o swoje. Po śniadaniu poszliśmy na Kazimierz (nadal nie czuję klimatu), po drodze zahaczyliśmy o Good Lood (pierwsze w życiu lody w lutym) i dotarliśmy do kościoła na Skałce. Krypta Zasłużonych jest do końca marca zamknięta, ale weszliśmy do budynku bazyliki. Ogarnął mnie spokój i mogłabym się stamtąd nigdzie nie ruszać. No, ale :) wyszliśmy. Na dworze była wyjątkowo wiosenna pogoda. Wdrapaliśmy się na Wawel do Smoczej Jamy (otwarta od kwietnia), więc zeszliśmy na rynek. Chwilę spędziliśmy w lustrzanym labiryncie i pokoju Infinity. Lepiej brzmi niż wygląda :) no ale jakieś atrakcje były. Na koniec zeszliśmy do Muzeum na Rynku Głównym. Ehmy, byliśmy i to tyle.
Do obiadu w domu kupiliśmy w Kawiarni Europejskiej desery, małe dzieła sztuki :) zafascynowały całą naszą trójkę. Znalazłam odpowiednik tej metody.
Wieczorem odwieźliśmy Ig do szpitala z podwyższonym ciśnieniem i bólem brzucha.
Nie muszę chyba dodawać, że czułam się tak, jakbym wygrała tytuł najgorszej matki świata.





czytam tę notkę i tak strasznie, tak bardzo chciałabym Ciebie po prostu przytulić. i wiesz... ta cała sytuacja jest dla mnie tak trudna, a jednocześnie abstrakcyjna, że ja nawet nie mam wyobrażenia, jak możesz się czuć. jakbyś była z tym sama, po innej stronie. jeśli rozumiem to problemy praktycznej natury, emocjonalnie po prostu nie umiem ogarnąć. nie wiem, czy brak mi empatii czy raczej wyobraźni? tulę Ciebie mocno. i tak, bardzo rozumiem pragnienie, żeby już było inaczej, lepiej, do przodu:*
OdpowiedzUsuńautorytarnie stwierdzam, że nie masz żadnych praktycznych podstaw abyś czuła się najgorszą matką świata. a z drugiej strony rozumiem. jest taka niemoc i bezradność...
piękne są te desery! ale... oni je podają na talerzach z duraleksu?
Bo to chyba kategoria spraw, w których umysł nas asekuruje, nie sposób sobie wyobrazić. Mnie tak właśnie odrzucało od myśli o "Wyborze Zofii" czy oglądaniu "Czasu honoru", by nawet nie muskać tematów związanych z potencjalną śmiercią dzieci.
OdpowiedzUsuńDziękuję eM :* Wiem, że jesteś, że mogę na Ciebie liczyć i bardzo dobrze to czuję.
Nie :) Ciastka wzięliśmy na wynos, to w mieszkaniu Ig :)