Skończyłam słuchać Wielką samotność i mam mieszane uczucia. Na pewno spodziewałam się zupełnie innej historii, ale że w ogóle myślę o tej książce, to plus. Odczułam co najmniej 3 odrębne płaszczyzny. W warstwie opisu życia na Alasce autorka jest wiarygodna, widać, że wie o czym pisze, zarówno jeśli chodzi o sferę obyczajową, związaną z codziennością życia społecznego, jak i z opisami przyrody. Wtapiają się w nią losy Ernta i Cory. On jest weteranem wojny w Wietnamie i nie radzi sobie z PTDS. Ona delikatną i wpatrzoną w niego kobietą, która jest gotowa rzucić wszystko i ruszyć na koniec świata, byle z Erntem. Mocno poczułam, że choćby człowiek dotarł do wymarzonej ziemi obiecanej, to jeśli nie zajmie się swoimi demonami, to długofalowo najwspanialsze okoliczności przyrody, nie ochronią go przed piekłem. A Ernt uznał, że Alaska go wyleczy. Dotkliwie, lecz realistycznie i bez przesady można poczuć toksyczną i niszczącą relację tej pary. W tych dwóch płaszczyznach książka jest na 100%. No ale frontmenką jest Leni, córka wspomnianej pary. I jej wątek przypomina szalony wektor rzucany od "Ani z Zielonego Wzgórza", przez "Zmierzch", "Romeo i Julię", zahaczenie o "Biały oleander", a finalnie połączenie "Klanu", "Przystanku Alaska" i czegoś Nory Roberts... Coś, co jak podejrzewam w zamiarze miało być twistem, wywołuje niedowierzanie i pytanie: serio ? Zbędne i zbyt efekciarskie, by całość traktować poważnie. A szkoda. Może, gdybym miała 15-20 lat, to uznałabym tę książkę za świetną. Ale niestety jestem dużo starsza.
8 marca w pracy dostałam kwiatki i czekoladki :) Wieczorem R. przyjechał po mnie i razem z K., jej mamą i jeszcze kilkoma dziewczynami z Obierwi poszłyśmy na spotkanie zorganizowane przez Klub Aktywnych Kobiet. Przyznam, że oniemiałam, gdy zobaczyłam zaproszonych gości: sołtys, wójt, 2 radnych oraz rektor jednej z gdańskich uczelni (pochodzący z okolic O) z wykładem "Klimat domu rodzinnego jako czynnik motywujący do działania". Nie jestem wojującą feministką, ale poczułam się jak kurka w stadzie, które panowie ze swej patriarchalnej pozycji ogarniają i instruują jak myśleć i żyć. Po trwającej jakieś 1,5 godziny części oficjalnej dostałyśmy kolację i 2/3 kurek ruszyła do swoich gniazd... Został jedynie nasz stół, gdzie przy winie przegadałyśmy do 1 w nocy.
Fakt, że ulewa mi się i coraz trudniej powstrzymuję emocje. W sobotę w kolejce po wędlinę facet, który stał za mną włączył w swoim smartfonie program motoryzacyjny z normalnym poziomem głośności. Myślałam, że szag mnie trafi, nie mogłam zebrać myśli. Odwróciłam się do niego i spytałam, czy on tak na poważne ? Spojrzał na mnie nie rozumiejąc o co mi chodzi. Spytałam, czy mam włączyć swojego audiobooka i ustawić mu przed nosem ? Odparł: a co, nie może się pani skupić na zakupach ? Potwierdziłam, że chyba czyta mi w myślach, nie mogę !!! Wyłączył wzdychając "o Jezu..."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz